Pogańska Słowiańszczyzna: kiedy poligamia była koniecznością
Włoski historyk-amator, Aldo Marturano, zakochał się w przedchrześcijańskiej Słowiańszczyźnie. Z tej miłości zrodziła się książka „Słowiańska Ruś, pogaństwo i kobiety”. Włoski historyk, zachwycony kulturą nie tylko rosyjską, ale i polską, i w ogóle słowiańską, odnajduje w niej to, o czym zwłaszcza Polacy próbują zapomnieć.
„Alle origini del paganesimo Russo”, czyli „Początki ruskiego pogaństwa”. Tak brzmi oryginalny tytuł pracy Marturano. W polskiej wersji, wydanej przez szczecińskie wydawnictwo „Triglav”, specjalizujące się w publikacjach na temat przedchrześcijańskich tradycji, do tytułu nieprzypadkowo dodany został pierwiastek kobiecy. Marturano poświęca problemowi gender dużo miejsca w swojej książce. Z nakreślonego przez Włocha obrazu widzimy podstawową różnicę w traktowaniu kobiet przez chrześcijan i przez pogan.
Pogańska służba zdrowia
Wilgotna Matka Ziemia – pierwotne bóstwo żeńskie, wywodzące się z pogranicza ugrofińsko-słowiańskiego, zajmuje wiele stron książki Marturano. W ten sposób włoski historyk przypomina, że we wczesnym pogaństwie funkcjonowało coś na kształt matriarchatu. Szacunek do przyrody, bez dwóch zdań najważniejsza cecha pogan, w myśl Marturano prowadził w konsekwencji do uznania wielkiej roli kobiety w społeczeństwie. To kobieta bowiem w czasach przedchrześcijańskich miała monopol na wiedzę botaniczną, leczniczą, zielarską, rolniczą, to ona uzdrawiała, odkrywała najskrytsze tajemnice przyrody. Marturano zwraca tu uwagę na bezsilność Kościoła wobec kobiet, parających się farmakognozją. „Nie mogąc zaoferować w zamian nic poza perspektywą pogodzenia się z chorobą jako z karą za grzechy lub objawem woli Bożej, Kościół musiał znosić na polu medycznym niewieścią konkurencję, niejako łagodzącą następstwa niedostatków ówczesnej służby zdrowia” – pisze Włoch.
Powrót do Wilgotnej Matki Ziemi
Kobieta była też strażniczką domowego ogniska. Swojej roli nie kończyła na macierzyństwie, po okresie menopauzy stawała się znachorką, nie tracąc, a wręcz zyskując na szacunku. Z kolei monogamia, powszechna dawniej u pogan, na stronach książki Marturano zyskuje zaskakujące, choć logiczne uzasadnienie. I tak, nie była ona zdaniem Włocha oznaką „męskiego szowinizmu”, jakby to określiła dziś każda feministka, a jedynie realizacją potrzeby przedłużenia gatunku. Śmiertelność kobiet w połogu była bowiem wówczas bardzo wysoka, stąd konieczna była monogamia.
Aldo Marturano w mistrzowski sposób konfrontuje kultury pogańską i chrześcijańską. Wciela się w pewien sposób w statystycznego Słowianina z X wieku, próbując wczuć się w jego światopogląd. I w ten właśnie sposób bardzo obrazowo burzy mit, jakoby chrześcijaństwo zostało przyjęte przez pogan z pieśnią na ustach. Jak Słowianin mógł nagle uwierzyć, że ogień, który w pogańskich wierzeniach jest symbolem życia, czystości, siły, to tak naprawdę żywioł piekieł? Jednak najbardziej obrazowo Marturano tłumaczy tę konfrontację religijnych kultur na przykładzie metody pochówku. Dla Słowian, ceniących pragmatyzm i przyrodę ponad wszystko, eksploatacja pól uprawnych pod budowę cmentarza było po prostu rażącym marnotrawstwem. U pogan powszechna była kremacja zwłok, po której ciało „wracało na łono Wilgotnej Matki Ziemi”.
Niestety, pracy Marturano można zarzucić ostry subiektywizm. Nie można nazwać „Słowiańskiej Rusi…” publikacją naukową, ciężko nawet uznać ją za książkę popularnonaukową. Autor pasjami rozdziera szaty nad chrystianizacją, wykazując zapał propagandowy podobny chrześcijańskim kronikarzom, przypisującym poganom wszystko, co złe. Marturano zatem sięga po ten sam arsenał, co wczesnośredniowieczni misjonarze, których krytykuje za zniszczenie pogaństwa. Poza tym niemal co drugie zdanie w książce kończy się wykrzyknikiem. A to odbiera publikacji analitycznego charakteru. Nadmierna ekspresja psuje wrażenie rzeczowej analizy.
Polska „Judaszem Słowiańszczyzny”
Mimo wszystko jednak Marturano wykazuje etnograficzną, historyczną empatię, rekonstruując sposób rozumowania i światopogląd Słowian w okresie chrystianizacji. Rozumie słowiańskość lepiej niż niejeden Słowianin, zapatrzony na Zachód i utożsamiający patriotyzm z religią chrześcijańską, która przecież przyszła na Słowiańszczyznę z zewnątrz. Włoch demaskuje kompleks, szczególnie widoczny w polskiej mentalności. Kompleks, nakazujący wstydzić się wszystkiego, co polskie, a adaptować na polski grunt wszystko, co zachodnie. Zatem włoski historyk, człowiek szeroko rozumianego Zachodu, jak się okazuje, zakochał się nie nowoczesną, chrześcijańską Polską, a „niesamowitą Słowiańszczyzną”, tym, co na Zachodzie praktycznie jest nieznane. Praca Aldo Marturano przypomina o smutnej prawdzie kulturowej. O tym, że Polska niepotrzebnie udaje „Mesjasza Narodów”, bo w tym jest albo komiczna, albo mało autentyczna. Polska jest przede wszystkim „Judaszem Słowiańszczyzny”, którą z nierozumnym wstydem zakopała w grobie swojej nieświadomości, stawiając na nim, zapożyczony od obcej kultury krzyż, dawniej łaciński, dziś europejsko-amerykański. A ludzi Zachodu bardziej interesuje to, co w naszej nieświadomości, co „nasze”, a dla nich „obce”, a więc magiczne, nowe, pasjonujące.
Maciej Pieczyński










